Trasa Wyprawy

Wstep

Kolejna wielka przygoda to Wenezuela. Kraj trzy razy wiekszy od Polski.

Wenezuela nie jest popularna turystyczna destynacja. W Polsce nie wydano nawet jednego przyzwoitego przewodnika. Wprawdzie mozna bylo nabyc z Rzeczpospolita i Gazeta wyborcza przewodniki pelne slicznych zdjec. Ale brakowalo w nich niezbednych informacji do przygotowania samodzielnej wyprawy. W internecie informacje o Wenezueli sa równiez ubogie w porównaniu np do Tajlandii. W rezultacie zakupilem przewodnik Lonely Planet po angielsku, troche doczytalem w internecie i tak powstal plan wyprawy.

Jak mozecie sie zorientowac z powyzszego wstepu Wenezuela byla dosc przypadkowa destynacja. W glównej mierze zdecydowalem sie na ten kierunek ze wzgledu na promocyjna cene biletu 1800 zl w dwie strony.

W pierwszej dekadzie marca z Monika wyruszamy do na podbój Wenezueli ;).

Caracas

Stolica Wenezueli ma opinie jednego z najbardziej niebezpiecznych miast swiata. Codziennie dochodzi tam do ogromnej liczby napadów rabunkowych, czesto z uzyciem broni. A najgorsze co moze sie przydarzyc turyscie to utrata kasy na poczatku wyprawy. Nawet w przewodniku nie zalecali wlóczenia sie ulicami po zmroku, chyba, ze korzystamy z samochodu lub taksówki. Zmrok oznaczal godzine 19.00. Jednym z glównych zalozen wiekszosci turystów jest skracanie pobytu w miescie do minimum. I my zaplanowalismy tylko jeden dzien w stolicy.

Po zalatwieniu wszelkich formalnosci na lotnisku nalezalo wymienic pieniadze. Stajemy przed wyborem legalnej wymiany w kantorze na lotnisku gdzie 1 USD kosztowal 4.3 Bolivara lub u koników 6 Bolivarów. Wymiana u koników jest podwójnie ryzykowna. Moga Cie oszukac, a po drugie na lotnisku jest kupa ubeków i mozna miec problemy z wenezuelskim prawem. Zaryzykowalismy i wymienilismy u obslugi lotniska. Wszystko bylo ok i z bolivarami opuscilismy lotnisko.

Pierwsze wrazenia z okna samochodu. Miasto wyglada bardzo ladnie. Z jednej strony góry, z drugiej morze.

W Caracas zatrzymalismy sie w hotelu Monserat usytuowanym w jednej z najbezpieczniejszych dzielnic miasta- Altamira. Nocleg kosztowal nas az 55 USD i byla to cena nieproporcjonalnie wysoka do standardu.

Pierwszy dzien wakacji zaczelismy bardzo pózno. Spalismy dlugo po meczacej podrózy. Pózniej opuscilismy nasz hotel. Ogromnie ciekawi bylismy jak wyglada to jedno z najniebezpieczniejszych miast swiat. Po kilkunastu minutach spaceru po Altamirze okazalo sie, ze bardzo przypomina kazde inne miasto z duza iloscia ludzi i aut. Sniadanie zjedlismy w lokalnej knajpce (ok 15 USD za dwie osoby). Pózniej udalismy sie na dworzec autobusowy i kupilismy bilet na nocny autobus do Ciudad Bolivar. Kilka godzin jakie zostaly do odjazdu autobusu spedzilismy w Altamirze. Wlóczylismy sie po ulicach dzielnicy i zwiedzalismy tamtejsze piekne parki.

Po skromnym obiedzie poszlismy na dworzec autobusowy. Pechowo dostalismy miejsca w najchlodniejszej czesci autobusu. Mimo, ze bylismy odpowiednio przygotowani na podróz wenezuelskimi autokarami bylo chlodno. Na sobie mialem polar, spodnie, skarpetki i bylem przykryty spiworem. Mimo chlodu przespalem prawie cala droge.

Ciudad Bolivar

Bladym switem dotarlismy do miasta. Od razu dalismy sie upolowac miejscowemu sprzedawcy wycieczek. Jego glównym atutem byla znajomosc angielskiego. Wykupilismy u niego 6 dniowa wycieczke na Roraime z hotelem w Ciudad Bolivar (300 USD). Zawieziono nas do hotelu. Po krótkim wypoczynku ruszylismy na zwiedzanie miasta. Na uwage zasluguje centralny plac miasta z przyleglym XVIII w. Kosciolem i okolicznymi budynkami pamietajacymi czasy kolonialne. Polecam równiez spacer wzdluz Orinoko.

Wieczorem kupilismy bilet do San Francisco de Yureni. Calonocna podróz obfitowala w totalitarne doswiadczenia. W Wenezueli na kazdej wiekszej drodze poustawiane sa checkpointy. Kazdy uzytkownik drogi musi zwolnic i otworzyc okno w aucie. Zolnierze uzbrojenie w karabiny automatyczne ogladaja twarze kierowcy i pasazera, czasem poddaja auto kontroli. Ilosc checkpointów narasta, gdy droga zbliza sie do granicy Panstwa. Nasza trasa prowadzila w kierunku Brazylii. Mniej wiecej co 30-50km byl checkpoint. Zamiast snu musielismy wyciagac i chowac paszporty.

Roraima

W San Francisco de Yureni czekalismy okolo 4 godzin na jeepa, który mial zwiesc nas do parku Canaima. W czasie przymusowej przerwy poznalismy sie z towarzyszem podrózy - Ulim i przewodnikiem. Okazalo sie, ze do naszego grona dolaczyl równiez porter. Organizacyjnie wygladalo to tak. Jedzenie i namioty niosa przewodnik i porter. Turysci niosa swoje rzeczy i spiwór. Ok 11.00 dlugo oczekiwany jeep przyjechal i zwiózl nas do parku.

Przy wejsciu do parku jest budka straznicza. Zaplacilismy 10 Bolivarów za wstep. W budce mozna bezplatnie zostawic czesc rzeczy z bagazu. Polecam zostawic jak najwiecej. Wejscie na Roraime jest wymagajace totez ciezki bagaz bardzo utrudnia zycie na dlugim szlaku. Moim zdaniem najlepiej nie wnosic wiecej niz 10-11 kg. Nalezy zabrac:

Po dokonaniu selekcji ruszamy na szlak. Pierwszego dnia wedrowalismy ok 6 godziny przez wyschnieta sawanne. Szlak nie byl trudny, ale marsz w 40 stopniowym upale i prazacym sloncu nie nalezal do najlatwiejszych.

Pozna noca dotarlismy do campu. Wykonczeni kolacje zjedlismy w milczeniu. Przed spaniem obserwowalem przepiekne niebo pokryte mnóstwem gwiazd.

Poranek powitalismy w lepszym nastroju. Przewodnik przygotowal swietne sniadanie. Tym razem ruszamy bardziej stromo w góre. Szlak zmienia sie w kamienisty. Po czterech godzinach dochodzimy do campu polozonego tuz pod Roraima. Camping byl polozony nad rzeka, a jedynym 'budynkiem' byla prymitywna wiata. Nauczeni przykladem z dnia poprzedniego zaczelismy rozkladac namioty i to byla bardzo dobra decyzja. Przed nami mialo byc pól dnia spedzonego na leniuchowaniu i krótkich wedrówkach po okolicy. Takie byly plany. Tuz po rozstawieniu namiotów zaczal padac deszcz. Po 3 godzinach deszcz ustapil. Przewodnik zaczal przygotowywac posilek. Po obiadku zaczelismy zbierac sie do snu.

W czasie trekkingu prowadzilismy bardzo uporzadkowany tryb zycia. Wstawalismy o swicie czy ok 6 rano i kladlismy sie spac ok 7 wieczorem. Wszystko zgodnie z natura. Wenezuela jest polozona w okolicy równika. Dzien i noc sa prawie równe przez caly rok. O poranku pobiezna toaleta w rzece i dosc monotonne sniadanie. Codziennie ciemny chleb z serem i parówka.

Pakujemy nasz ekwipunek i ruszamy stromo pod góre. Otacza nas dzungla, która gestnieje z kazdym krokiem. Wilgotnosc powietrza dochodzi do 100%. Spoceni przedzieramy sie przez bujna roslinnosc.

Po 2 godzinach wspinaczki zaczyna padac. Gesta roslinnosc pochlania prawie kazda krople deszczu. Im jestesmy wyzej tym bardziej szlak przypomina zygzak. Dluzszy kawalek pionowo do góry i zaraz krótszy do dolu. I tak w kolo. Obserwujac zanikajaca dzungle zdaje sobie sprawe, ze jestesmy coraz wyzej. Rzadka roslinnosc wystawia nas na intensywny deszcz. Niemal cale ubranie jest mokre. Po 5 godzinach trudnej wspinaczki osiagamy szczyt. Idziemy do miejsca noclegu. Przewodnik wybral malownicze miejsce na 3-4 metrowej pólce skalnej.

Z daleka sciany Roraimy sa wrecz pionowe, a szczyt zupelnie plaski. Na górze jest to bardziej zróznicowane. Wprawdzie nie ma duzych róznic w wysokosci, ale wystepuja pagórki i doliny. Krajobraz jest iscie ksiezycowy.

Noc na Roraimie nie byla bardzo zimna, wbrew temu co czytalismy w przewodniku. Wystarczy spiwór dostosowany to temperatury ok 0 stopni i bardzo przyjemnie spimy w namiocie. Kolejny dzien mial byc kwintesencja wyprawy. Wedrówka po szczycie. Niestety pogoda jest fatalna. Szczyt pokryty szczelnie chmurami, z których od czasu do czasu pada deszcz. Mimo to chodzimy po szczycie. Docieralismy do róznych punktów, z których mial sie roztaczac piekny widok. Jednak pogoda wszystko zepsula i niestety z godziny na godzine byla coraz gorsza. Z niedosytem zakonczylismy dzien na szczycie.

Nastepnego dnia schodzilismy. Pogoda równiez nas nie rozpieszczala. Schodzenie po stromych i mokrych skalach wymagalo sporej zrecznosci i uwagi. Po kilku godzinach docieramy do campu pod szczytem. Krótki wypoczynek i ruszamy dalej. Po kolejnych godzinach docieramy do indianskiej wioski. Tym razem jestesmy przed zmrokiem. Mozna bylo zobaczyc w jakich warunkach zyja Indianie. Domy byly zbudowane z drewna i gliny. Mialy pelne sciany i dach. W srodku jedna izba i totalny balagan.

W czasie wyprawy stanowilismy zródlo pozywienia dla puri-puri. Praktycznie przez cala wedrówke gryzly niemilosiernie, ale w indianskiej wiosce to bylo juz apogeum. Puri-puri sa to bardzo malutkie czarne muszki, które gryza bez litosci. Po ukaszeniach zostaja czerwone i bardzo swedzace plamki. Plamki utrzymuja sie kilka dni, a przy intensywnym drapaniu - nawet tydzien lub dluzej. Prosze w miare mozliwosci nie rozdrapywac ukaszen, gdyz slady moga utrzymywac sie bardzo dlugo.

Ostatni dzien wedrówki byl bardzo meczacy. Po 6 godzinach marszu zakonczylismy nasz trekking. Tym razem jeep juz czekal na nas. Za 100 Bolivarów kierowca zawiózl nas nad pieknie polozony wodospad. Wszyscy wskoczyli do wody. Orzezwiajaca kapiel odbyla sie niestety w towarzystwie muszek puri-puri. Po wyprawie na Roraime cale moje cialo bylo w ukaszeniach.

Po kapieli zostalo tylko oczekiwanie na nocny autobus do Ciudad Bolivar. Nocna jazda byla ponownie przerywana bezsensownymi kontrolami. W miescie jestesmy o 7 rano. Kupujemy za 130 USD dwudniowa wycieczke do delty Orinoko. Na koniec kilka slów o sposobach organizacji wyprawy na Roraime. Przede wszystkim sama wyprawa trwa 6 dni plus 2 dni na dojazd w okolice Roraimy np do Santa Eleny de Uairen. W sumie ponad tydzien lub dluzej jezeli dodamy do tego wycieczke nad Santa Angel. Wracajac do Roraimy. Mozemy wykupic tzw all inclusive, czyli wyprawe z posilkami, koszt ok 300 USD za calosc. Istnieje tez mozliwosc tanszej opcji. Korzystamy jedynie z uslug przewodnika, bez portera, koszt ok 500 USD bez wzgledu na wielkosc grupy. Przy czym musimy miec stosowny ekwipunek, lacznie z namiotami. Zakup jedzenia równiez jest na naszych barkach. Wszystko trzeba niesc na wlasnych plecach i dodatkowo szykowac posilki równiez dla przewodnika. Bez wzgledu na opcje wyprawa na Roraime ma charakter bardzo spartanski. Myjemy sie w rzekach, a potrzeby fizjologiczne zalatwiamy za krzakami. Niemniej uwazam, ze Roraime trzeba zobaczyc.

Orinoko

Po intensywnej wyprawie na Roraime spedzilismy jeden dzien w Ciudad Bolivar. Relaks na calego. Dlugi prysznic zmyl tygodniowy bród. Wyborne posilki z sokami ze swiezych owoców. Dzien minal bardzo szybko. O poranku wyruszylismy do Tucupity skad wyplynelismy lodzia na splyw Orinoko. Poczatkowo rzeka byla szeroka, a wzdluz brzegów rozciagaly sie ludzkie domostwa. Im dalej od miasta, tym osady byly coraz bardziej skromne, zamieszkane przez Indian.

Z biegiem nurtu siedliska ludzkie zastepuje dzungla.

Z rzadka przeplywalismy obok bardzo prymitywnych indianskich osad. Przypominaly szalasy zbudowane z drewna. Zawinelismy do jednej z takich wiosek. Tworzyla ja wielopokoleniowa rodzina. Najwiecej do powiedzenia mial najstarszy czlonek spolecznosci. Kobiety wystawily pamiateczki dla turystów. Kupilismy kilka pieknie wykonanych pamiateczek z drewna.

Noc w hamaku tuz nad brzegiem Orinoko nalezy do niezapomnianych. W nocy od czasu do czasu budzily mnie odglosy dzungli.

W hamaku spalo sie bardzo wygodnie. Indianie wykonali go z drzewa moriches. W porównaniu do zwyklego hamaku jeo dziury sa bardzo malutkie, dzieki czemu mamy duzo wiekszy komfort. Po wygodnej nocy Monika postanowila kupic hamak. Po dluzszych negocjacjach ustalilismy cene na 250 VEB. Przykladowo na lotnisku w Caracas taki sam hamak kosztowal 1200 VEB !!! Prawie natychmiast po transakcji niemal wszyscy Indianie z wioski poplyneli do sklepu i wydali zarobione pieniadze na slodycze i cole.

Drugi dzien byl duzo mniej ciekawy. Czesto robilismy przystanki przy lokalnych sklepikach . Plynac Orinoko czesto mijalismy rybaków. Od jednego z nich kupilismy za 40 VEB duza rybe. Poplynelismy do ubogiej indianskiej farmy, gdzie przyrzadzono nam posilek. W zasadzie reszte wycieczki spedzilismy na owej farmie. Wieczorem doplynelismy do Tucupity. Przenocowalismy w strasznej norze- Pequeno Hotel, co ciekawe hotel byl polecany przez Lonely Planet na jednej z czolowych pozycji.

Margarita

O poranku z radoscia opuscilismy nasza nore. Z pracownikiem agencji pojechalismy na dworzec autobusowy. I tu zaczely sie schody. Okazalo sie, ze do godzin wieczornych nie ma autobusu do Puerto la Cruz. Z braku innej opcji zapytalismy ile kosztuje taksówka do Maturin (200 km). Ku naszemu zaskoczeniu koszt na osobe wyniósl 50 Bolivarów. Bez wiekszego namyslu zaplacilismy. Wraz z dwójka innych pasazerów pognalismy z predkoscia ponad 120 km/h do Maturin. Na miejscu chcielismy szukac dworca autobusowego, ale bardzo szybko znalazla sie pani taksówkarz, która za przystepna cene zawiozla nas do Puerto la Cruz. Nasz nowy kierowca gnal praktycznie non-stop z predkoscia 150 km/h.

Na przystani w Puerto la Cruz bylismy ok 14. Mila pani kierowca pomogla nam jeszcze kupic bilet na prom. Oczywiscie jak to w Wenezueli bywa, najpierw odstalismy prawie godzine w kolejce do kasy, a pózniej kolejne pól godziny do okienka Confirmation. Nasz prom mial odplynac ok 16. Okazalo sie, ze zostal odwolany. Zmeczeni i glodni pojechalismy taksówka (15 VEB) do centrum miasta, zeby poszukac noclegu. Szczesliwie pierwszy hotel - Familia Pasada jest bardzo przyzwoity i cena do zaakceptowania (150 VEB). W miedzy czasie zapadl zmrok. Bardzo glodni zdecydowalismy sie opuscic hotel. Mile zaskoczenie. Nadmorska promenada jest pieknie oswietlona i pelna ludzi. Spacerujac wzdluz morza trafilismy do sympatycznej knajpki dla localsów. Kurczak z frytkami dla 2 osób kosztowal 60 VEB. Wspanialy posilek postawil nas na nogi. Do hotelu wracalismy bardzo powoli wlóczac sie po promenadzie.

O poranku bylismy na przystani promowej. Tym razem bez niespodzianek prom odplynal (80VEB). Z przystani portowej taksówka pojechalismy na Juan Griego za 50 VEB. Na miejscu po godzinie znalezlismy nocleg, jak sie pózniej okazalo z bardzo glosna klimatyzacja. Po zakwaterowaniu zwiedzilismy miasto i poszlismy na najblizsza plaze.

Juan Griego slynie z przepieknych i romantycznych zachodów slonca. Praktycznie codziennie jedlismy obiady w restauracjach na plazy patrzac na slonce chylace sie ku horyzontowi. A z talerza szybko znikaly rybki lub owoce morza. Korzystalismy z dobrodziejstw nadmorskiej miejscowosci. Sniadania jedlismy równie zdrowe i smaczne. Swiezy sok z kawalkami owoców, banany i wysmienita wenezuelska kawa. Koleje dni mijaly na beztroskim wylegiwaniu sie na plazy, kapielach w cieplym karaibskim morzu i popijaniu zimnego piwka.

Co drugi wieczór Chavez fundowal nam romantyczne póltorej godziny bez pradu, od 19.30 do 21.00.

Wypoczynek na plazy urozmaicily nam dwie wycieczki. Pierwsza z nich do Polamar byla podyktowana bardziej koniecznoscia niz walorami tego miasta. W Polamar kupilismy bilety lotnicze do Caracas. Lot Margarita-Caracas 250 VEB. Chcielismy równiez kupic wycieczke na Los Roques. Niestety w okresie Wielkiego Tygodnia wycieczki osiagnely astronomiczne ceny. Za jednodniowa wycieczke zadali 300 USD. Zrezygnowalismy.

W Niedziele Palmowa odwiedzilismy Bazylike w El Valle. W kosciele znajduje sie figura Matki Boskiej z Margarity. Figura slynie z wielu cudów.

Do El Valle dojechalismy autobusem. Akurat w Bazylice odbywala sie Msza Sw. Wierni wypelnili szczelnie kosciól.

Po mszy niemalze wszyscy wierni ruszyli w strone oltarza, zeby oddac hold i pomodlic sie przed figura Matki Boskiej z Margarity. Tuz obok glównego oltarza stalo krzeslo na którym siedzial Jan Pawel II w czasie pielgrzymki z 1995 r.

Wylot z Wenezueli

Ostatniego dnia mielismy troche stresu. Pobudka o godzinie 5 rano, zeby zdazyc na lotnisko na Margaricie. Po sniadaniu uroilo sie nam, ze mozemy spóznic na samolot z powodu zmiany czasu. Na szczescie w taksówce okazalo sie, ze w Wenezueli nie ma bzdurnych zmian czasu. Samolot z Margarity wylecial bez opóznien i szczesliwie znalezlismy sie na lotnisku krajowym w Caracas. Miedzy terminalem krajowym i miedzynarodowym pobudowano tunel i mozna bez problemu przejsc z jednego na drugi. Po upierdliwych kontrolach znalezlismy sie na gate. W sumie przechodzilismy przez dwie bramki i za kazdym razem skanowano nasze bagaze.

Czekajac na samolot zauwazylismy, ze wystawiono tablice z kilkunastoma nazwiskami pasazerów. Nazwiska wyczytywano równiez przez glosniki. Wybranców ubrano w odblaskowe kamizelki i ruszyli w nieznanym kierunku. Jak sie pózniej okazalo osoby te i ich bagaze poddano szczególowej kontroli. Równie zenujaco bylo na lotnisku we Frankfurcie. Po wyladowaniu samolot otoczyly samochody policyjne. Kazdy pasazer byl legitymowany jeszcze w samolocie. Na lotnisku Niemcy szczególowo ogladali paszporty zadajac glupowate pytania. Jakby tego nie bylo dosc w Warszawie zatrzymali na celnicy i przeskanowali bagaz. W porównaniu do Niemców Polacy byli kulturalni.

Ciekawostki

Pozyteczne Rady






CommentsCancel Reply

Name
Comment