Trasa Wyprawy

Wstep

Ekwador podobnie jak Wenezuela i wiele innych krajów na swiecie nie nalezy do popularnych destynacji wsród Polaków. Ale mam nadzieje, ze to sie zmieni, gdyz warto zwiedzic ten maly, ale uroczy kraj z przesympatycznymi mieszkancami. Panstwo o powierzchni 277 tys. km2 ( czyli mniejsze od Polski) mozna okreslic jako Ameryka Poludniowa w pigulce.

Przygotowania do wyprawy wymagaja czasu i znajomosci jezyków obcych. W Internecie znalazlem niewiele pozytecznych stron i informacji w jezyku polskim o wyprawach do Ekwadoru. Bardziej wartosciowe pozycje ksiazkowe dostepne sa jedynie w jezyku angielskim lub oczywiscie hiszpanskim. Ten drugi jezyk bedzie bardzo pozyteczny w Ekwadorze. Ogromna wiekszosc mieszkanców posluguje sie tylko hiszpanskim. Po teoretycznym zapoznaniu sie z atrakcjami pozostaje tylko wsiasc w samolot i pozegnac na kilka tygodni nieprzyjemny klimat umiarkowany na rzecz równikowego. Z Monika skorzystalismy z promocji Lufthansy 2500 zl za bilet powrotny. Lot z dwoma przesiadkami we Frankfurcie i Bogocie trwal ok. 20 h i byl bardzo komfortowy. W samolocie z Frankfurtu do Bogoty zarówno Monika jak i ja mielismy do dyspozycji po 4 miejsca. Przespalem wiekszosc z kilkunastogodzinnej podrózy rozlozony jak król na 4 miejscach. O dziwo w samolocie spotkalismy kilka osób z Polski. Poza Irkiem wszyscy podrózowali do Kolumbii. Irek okazal sie bardzo sympatyczna osoba i wspólnie bylismy na wycieczce w dzungli.

Quito

Samolot z Bogoty wyladowal w Quito po pólnocy. Jeszcze w Polsce zarezerwowalismy odbiór z lotniska (10USD) i nocleg w hostelu Colonial House (9 USD lazienka w korytarzu). Wprawdzie przeplacilismy kilka dolarów za taksówke, ale bardzo sprawnie dotarlismy do hostelu. Colonial House znajduje sie niedaleko starówki. Warunki w hostelu sa spoko. Jedynie wieczorami jest dosc zimno a woda pod prysznicem letnia. Bardzo polecam sniadania (3USD) w hostelu. Soki ze swiezych owoców oraz salatka owocowa i smazone jajka. Pychotka. Dla zainteresowanych e mail do hostelu: info@colonialhousequito.com

Nazajutrz w trójke pojechalismy do Muzeum Równika. Podróz byla dluga i troche skomplikowana. Za 2 USD dostalismy sie taksówka na przystanek autobusu, który jechal do Mitad del Mundo (0.5 USD). Dojazd na miejsce zajal nam ponad godzine. Na poczatku odwiedzilismy panstwowe muzeum Mitad del Mundo (2 USD). W ramach biletu mozna bylo obejrzec pomnik i zrobic zdjecie na tle linii równika. Prosze jednak pamietac, ze prawdziwy równik jest oddalony od tego miejsca o 200 metrów. Aby dotrzec do tego miejsca opuszczamy panstwowe muzeum i idziemy na lewo. Po 10 minutach dochodzimy do drogowskazu wskazujacego Inti Nan, czyli prywatne muzeum przez które przebiega równik. Wejscie do muzeum kosztuje 3 USD. Zwiedzanie z przewodnikiem w jezyku angielskim obejmowalo trzy czesci: informacje na temat przyrody, rdzennych Indian zamieszkujacych Ekwador i ostatnia, najciekawsza czesc poswiecona równikowi. Bardzo polecam Inti Nan.

Na kolejny dzien w Quito zaplanowalismy trekking na Rucu Pichincha. Wulkan polozony na obrzezach stolicy. Z samego rana pojechalismy taksówka(4USD) do teleferiqo, czyli kolejki w stylu na Kasprowy Wierch. Za 8,5 USD wjechalismy kolejka na 4100 m npm. Trekking zaczal sie obiecujaco. Jednak po godzinie marszu zaczal padac deszcz. Niestety byl to standard w czasie naszego pobytu w Quito. Po pólgodzinie deszcz przybral na sile i w polowie drogi zostalismy zmuszeni do powrotu. Bylem ogromnie zawiedziony. Po powrocie do centrum miasta w deszczu szukalismy otwartej agencji turystycznej. W niedziele wszystko bylo zamkniete. Ten nieudany dzien mial duzy wplyw na nasze plany. Ze wzgledu na marna pogode zrezygnowalismy ze wspinaczki na Cotopaxi.

Po zmianie planów wykupilismy wycieczke do dzungli (240 USD za 5 dni). Ostanie godziny w Quito spedzilismy na zwiedzaniu starówki w Quito.

Dzungla

O godzinie 23 opuscilismy Quito autokarem i cala noc jechalismy do Lago Agrio. Po zimnym i deszczowym Quito Lago Agrio bylo wspaniala odmiana. Z miasta busikiem udalismy sie nad rzeke Cuyabeno, gdzie lodzia motorowa zawieziono nas do lodgy Samona. Lodga jest polozona w sercu dzungli. Pózniej okazalo sie, ze w owym srodku dzungli, bylo co najmniej z 5 podobnych lodgy. A czesto przeplywajace z tubylcami i turystami lodzie motorowe juz dawno temu wyploszyly wiekszosc zwierzat i ptaków.

W Samona zakwaterowano nas w kilkuosobowych chatkach krytych strzecha. W kazdej chatce byly 2 poziomy z 3 apartamentami z lazienka. W lazienkach byla woda z rzeki o barwie lekko brunatnej. Po tygodniowym korzystaniu z wody reczniki tak smierdzialy, ze zapakowalismy je w torebki foliowe. Karmiono nas 3 razy dziennie. Posilki byly bardzo smaczne i urozmaicone. Generalnie jak na dzungle warunki komfortowe. Jedynym mankamentem bylo codzienne sprawdzanie odziezy, butów i spiworów. Czy przypadkiem w naszych kaloszach nie zadomowila sie tarantula lub inny malo sympatyczny mieszkaniec lasów deszczowych.

Jeszcze pierwszego dnia przewodnik zabral 10 osobowa grupe na poszukiwanie kajmanów. Po zmierzchu swiecac latarkami po brzegu wypatrywalismy czerwonych punkcików - oczu krokodyli. Z daleka widac bylo sporo 'swiatelek'. Jednak, gdy sie zblizalismy swiatelka gasly - kajmany chowaly sie w wodzie. Szczesliwie udalo nam sie zobaczyc kilka sztuk. Niektóry byly ogromniaste. Na koniec przewodnik wyciagnal z wody malego ok. metrowego kajmanka i ochotnicy mogli potrzymac go za szyje. Z naszej dziesiatki zdecydowaly sie tylko 3 osoby. Nalezalem do odwaznych.

W ciagu kolejnych kilku dniu odbylismy kilka rajdów po dzungli w kaloszach. Brodzilismy w blocie, przekraczalismy rzeke wplaw, pokonywalismy kilkumetrowe przepascie po pniu drzewa. Wszystko bardzo fajne, ale byla jedna duza wada - bardzo malo zwierzat. Natomiast ptaków, pajaków, zab itp. bylo pod dostatkiem. Pajaki byly ogromne i niektóre z nich jadowite. Zabki byly mniejsze od kuzynek z Polski, ale znacznie bardziej kolorowe. Do atrakcji nalezalo jedzenie zywcem mrówek. Smakowaly jak miód.
Do ciekawych zajec nalezalo wedkowanie. Lowilismy piranie. Wszyscy próbowali swoich sil i wiekszosci osób udalo sie co najmniej raz zlowic drapiezna rybe.
Poza piraniami Angielce udalo sie zlowic calkiem spora rybe, która pózniej zjedlismy na kolacje. Byla bardzo smaczna.

Trzeciego dnia pobytu w dzungli pojechalismy do osady indianskiej. Czesc uczestników wycieczki spodziewala sie dzikich Indian z dzidami. Jednak w osadzie powitali nas tubylcy ubrani w jeansy i t-shirty. Wszyscy swietnie mówili po hiszpansku. W wiosce postrzelalismy z 2 metrowych dmuchawek. Miejscowa gospodyni pokazala jak Indianie robia chleb z manioku. Bardzo smaczny.

Po wizycie w wiosce poplynelismy do szamana. Mieszkal kilka kilometrów za wioska. Starszy gosciu ubrany w pióropusz z mnóstwem naszyjników - czarownik przylozyl sie do wizyty turystów. Szaman opowiadal o swoim zyciu, uczniach, nauczycielach i uzdrowieniach. Na koniec czarownik postanowil pokazac turystom swoja moc. Poprosil ochotnika. i okladal go po plecach galazkami rosliny podobnej do pokrzywy. Po kilku minutach takich zabiegów cale plecy byly w swedzacych bablach.

Ostatniego dnia zorganizowano nam splyw kajakiem po rzece. Bardzo fajna wycieczka podczas której podplywalismy duzo blizej róznych ptaków niz w czasie korzystania z glosnej lodzi motorowej.

Wycieczka do dzungli byla ok., ale zbytnia masówka. Nastepnym razem z pewnoscia wybiore bardziej indywidualna wyprawe w rejony mniej turystyczne.

Powrót do Quito zajal caly dzien. W trakcie podrózy do stolicy 3 razy kontrolowano nasz autokar. Podczas jednej z kontroli mundurowy uzbrojony w bron automatyczna kazal wysiasc wszystkim pasazerom i ustawic sie w kolejce do kontroli. Sprawdzano dokumenty i od czasu do czasu zadawano pytania typu skad lub dokad jedziesz. Co ciekawa kontrolowali nas tylko na trasie Orient - stolica. Widac najwieksze oprychy sa w dzungli. Takie kontrole przezylismy juz w Wenezueli i nie byly dla nas zaskoczeniem. Chyba w calej Ameryce Poludniowej to standard.

Galapagos

Po powrocie z dzungli spedzilismy tylko jedna noc w Quito. O swicie pojechalismy taksówka na lotnisko. Naszym celem bylo Galapagos. Wspaniala destynacja zwiazana niestety z bardzo duzymi kosztami. Zaczne od wydatków. Za lot zaplacilismy ok 400 USD. Na lotnisku w Quito kazali nam zaplacic dodatkowo 10 USD. Do tej pory nie wiem za co. Lot trwal ok. 4 godziny z miedzyladowaniem w Guayaquil. Samolot wyladowal na wyspie Baltra. Na lotnisku kolejny haracz 100 USD. W sumie zaplacilismy ponad 500 USD i niczego jeszcze nie widzielismy. Z lotniska autobusami linii lotniczych (za darmo) pojechalismy na przystan i promem(0,50 USD) przeplynelismy na Santa Cruz. Z pólnocnej czesci autobusem pojechalismy do portu Puerto Ayar (1,80USD).

Pierwszy dzien mial charakter biznesowy. Cale popoludnie lazilismy po agencjach w poszukiwaniu oferty very last minute na boat cruise. Niestety proponowane nam ceny byly wszedzie bardzo podobne i przekraczaly nasze mozliwosci. W czesci pozyteczne rady znajdziecie wiecej szczególów dotyczacych boat cruise. Po kilku godzinach bezowocnych poszukiwan wymarzonej oferty last minute zdecydowalismy sie zwiedzic wyspy indywidualnie. Na poczatek wykupilismy jednodniowa wycieczke na wyspe Florena (55 USD). Umeczeni targowaniem znalezlismy nocleg w hostelu Espania ( 25 USD + 3 USD sniadanie) i poszlismy spac. O godzinie 9 wyplynelismy na Florene. W pewnym momencie po prawej stronie statku widzimy wynurzajace sie wieloryby.
Doplywamy do jednej z zatoczek w poblizu Floreny. Wiekszosc osób zaklada maski i pletwy. Snorkllujemy. Poczatkowo krazylem wokól lodzi i widzialem tylko kilka rybek. Marnie. Postanowilem oddalic sie od lódki. To byla bardzo dobra decyzja. Wokól mnie plywa mnóstwo róznej wielkosci i barwy rybek. A wsród nich zauwazam pólmetrowego zólwia wodnego. Plynie na tyle wolno, ze podazam za nim. Nagle kilka metrów przede mna pojawil sie zólw olbrzym. Skorupe porosnieta glonami i skorupiakami. Prawdziwy gigant. Jako jeden z ostatnich wracam na lódke.

Doplynelismy do malego portu na Florenie. Na przystani prawdziwy zwierzyniec. Mozna bylo sie potknac o iguany i foki wylegujace sie na nabrzezu. Ciezarówka jedziemy w glab wyspy do rezerwatu zólwi ladowych. W rezerwacie widzielismy kilka olbrzymów. Bardzo mozolnie pokonywaly niewielkie odleglosci, ale ich wielkosc i waga nadawaly zólwiom wrecz majestatycznego wygladu. Po lunchu spedzilismy troche czasu na wybrzezu fotografujac foki i iguany.

Do Puerto Ayar dotarlismy na 18. Wieczorem po raz kolejny rozwazalismy rózne plany na zwiedzenie archipelagu. Znuzeni tematem poszlismy spac.

Kolejny dzien spedzamy na Santa Cruz. Z rana ruszamy do El Chato. Podróz autobusem zajela ok. godziny (0,5 USD). Pózniej z buta ruszylismy na prywatna farme gdzie mozna spotkac zólwie ladowe zyjace na wolnosci. Udalo nam sie zobaczyc kilka olbrzymów w mniej zabagnionych miejscach. W drodze powrotnej zeszlismy do Lava Tubes. Sa to tunele utworzone przez przeplywajace lawe. Tunel w okolicach El Chato liczyl ok. 2 km dlugosci.
Do Puerto Ayar pojechalismy taksówka. Zabralismy sie z 2 przypadkowymi pasazerami. Koszt na osobe taki sam jak autobusem.

Ostatni dzien na Santa Cruz spedzilismy lightowo. Poczatek to Las Grietas. Jest to formacja wulkaniczna przypominajaca ustep skalny wypelniony przezroczysta i chlodna woda. Przepiekne miejsce. Troche skomplikowane bylo dotarcie do Las Grietas. Trzeba przeplynac taksówka wodna (0,6USD) krótki odcinek. Pierwszy odcinek trasy pokonujemy wygodna sciezka, a pózniej idziemy po skalach wulkanicznych ok. 0,5 h. Pokonanie drugiej czesci w klapkach wymaga duzej uwagi.

Z Las Grietas poszlismy do Tortura Bay. Na plaze trzeba isc ok. 40 minut z centrum Puerto Ayar. Po drodzy kazdy musi sie zarejestrowac w specjalnej ksiedze. Plaza jest czynna od switu do zmierzchu. Opuszczajac to miejsce musimy sie wyrejestrowac. Mimo wymienionych formalnosci warto sie wybrac do Tortuga Bay. Jest tam przepiekna plaza z bialym i drobnym piaskiem. Na plazy bylo wiecej iguan niz ludzi.

Póznym poludniem poszlismy do slynnego Centrum Darwina. Na duzym terenie widzielismy mnóstwo zólwi w róznym stadium rozwoju. Poczawszy od jajek w inkubatorach do doroslych olbrzymów. Wszystkie zólwie urodzone w centrum sa specjalnie oznaczone, numerami na skorupach. Doceniajac wklad Centrum w utrzymanie naturalnych walorów archipelagu miejsce to jednak przypomina zoo.

W drodze powrotnej zwiedzilismy targ rybny. Rybacy sprzedawali zlowione okazy. Sprzedaz przypominala aukcje, kto da wiecej. Na targu panowalo spore zamieszanie potegowane przez foki i pelikany, które rzucaly sie na kazdy kawalek z oprawianej ryby.

Wieczorem zjedlismy wczesna kolacje na ulicy Bartona wypelnionej mnóstwem stolików. Jest to bardzo popularne miejsce na wieczorny posilek wsród tubylców i bardziej zorientowanych turystów.

O 7 rano odplynelismy promem na Isle Isabelle 25-30 USD. Prom plynie 1-2 razy dziennie i na ogól jest pelen pasazerów. Nie nalezy zwlekac z kupnem biletu do ostatniej chwili. Po kilku godzinnej podrózy statkiem doplynelismy do portu. Za dolara taksówka pojechalismy do Puerto Villamil. Dystans ok. 2 km mozna pokonac z buta. Jednak upal i plecak na barkach skutecznie zniechecil nas do marszu.

W miasteczku jest duzo hosteli i hoteli. Znalezienie noclegu nie stanowi problemu. Spalismy w fajnym pokoju z lazienka po 20 USD za pokój. Pierwsze kroki skierowalismy na plaze i zapoznalismy sie z miasteczkiem.
Póznym popoludniem poplynelismy na pobliska wysepke Las Tintorenas. Na wysepce bylo mnóstwo iguan, które akurat w tym czasie mialy okres godowy. Widzielismy samców walczacych o wzgledy samic. Po zwiedzeniu wyspy kapitan zawiózl nas do miejsca, gdzie przesiadywaly pingwiny i gluptaki o niebieskich nogach i dziobach. Na koniec poplynelismy do zatoczki na snorklling. Plywajac ok. godziny widzielismy mnóstwo kolorowych rybek, stworzenie podobne do homara i ... 3 rekiny. Po powrocie kupilismy po 35 USD wycieczke na wulkan Sierra Negro.

Wycieczka rozpoczela sie o swicie. Z wybrzeza pojechalismy samochodem ciezarowym z laweczkami w glab wyspy. Po 40 minutach jazdy grupa 15 osób opuscila srodek lokomocji i ruszylismy ostro pod góre. Piekne widoki zaczely przeslaniac geste deszczowe chmury, z których rozpadal sie deszcz. Poczatkowo bylo to mzawka, która przeobrazila sie w silna ulewe. Mimo deszczu trasa nie byla trudna i przewodnik czesto zatrzymywal grupe i opowiadal o faunie i florze Galapagos, wulkanach, teorii ewolucji oraz historii archipelagu. Calkowicie zmoknieci dotarlismy do krateru. Krater wyglada imponujaco i ma rozmiary 7x9 km. Wypelniony jest lawa w kolorze rdzy - pozostalosci po dawnych erupcjach oraz czarna - ostatnie wybuchy. W niektórych miejscach widoczny byl dym. Podloze jest tam na tyle gorace, ze mozna usmazyc jajka. Po obejsciu Sierra Negro ruszylismy w kierunku drugiego wulkanu Chico. Ten etap wycieczki dal nam wyobrazenie o potedze erupcji wulkanów.

W ten sposób zakonczylismy pobyt na Isla Isabella. Moim zdaniem jest to wspaniale miejsce na archipelagu. Bez wzgledu na forme zwiedzania Galapagos nalezy wygospodarowac najlepiej 3 dni na Isla Isabelle.

Podsumowujac Galapagos mimo wysokich kosztów jest miejscem, które nalezy zobaczyc. Nie mozna pominac w czasie wyprawy do Ekwadoru przepieknych wysp pochodzenia wulkanicznego, pelnych róznych gatunków ssaków, ryb i gadów. W ciagu kilku dni widzielismy:

Najfajniejsza byla wycieczka na Isla Isabelle. Do minusów pobytu

zaliczam zmarnowany czas w agencjach turystycznych w poszukiwaniu taniej oferty boat cruise.

Sierra czyli Andy

Powrót z Galapagos na kontynent potwierdzil swietna organizacje transportu publicznego w Ekwadorze. Zrobilo to na mnie tak duze wrazenie, ze podziele sie szczególami. Z Puerto Ayar pojechalismy autobusem do przystani. (1.80 USD) W ciagu kilku minut bylismy na promie. Przeprawa promem kosztowala 0,50 USD. Co ciekawe bagaze poplynely jednym statkiem, a my innym. Bez problemu znalezlismy nasze bagazy na przystani na wyspie Baltra. Tuz kolo portu czekaly darmowe autobusy, które przewiozly nas na lotnisko. Formalnosci na lotnisku nie trwaly dlugo. Niemniej jednak prosze pamietac, zeby nie wyrzucac potwierdzenia oplaty 100 USD. Skrupulatnie sprawdzaja ten kwitek przy wylocie. Okolo 11 rano wylecielismy do Quito. Tym razem byl to samolot bezposredni. Na lotnisku w stolicy zlapalismy taksówke (11USD) na dworzec autobusowy. Nie zdazylismy wejsc na dworzec a naganiacze juz oferowali wyjazdy autobusami róznych firma do Banos. Podróz do górskiego kurortu trwala ok 3,5 godziny i kosztowala 3,5 USD. Jeszcze w autobusie zaczepila nas pani ubrana w piekny indianski strój. Zaproponowala nocleg w hostelu za 6 USD za osobe. Zgodzilismy. Warunki i polozenie hostelu bylo ok.

Nastepnego dnia czekaly na nas ekstremalne wrazenia. Za 25 USD wykupilismy rafting. Razem z sympatycznymi Argentynczykami pojechalismy nad górska rzeke. Na poczatku ubralismy sie w kaski, pianki i kamizelki. Po kilkuminutowych wyjasnieniach przewodnik sprawdzil z kim ma do czynienia. Zaprowadzil nas na most wiszacy kilkanascie metrów na rwaca górska rzeka i kazal skakac. Monika od razu zrezygnowala ze skoku, a trzech panów odwaznie skoczylo w dól. Na Po zaprawie z rozpoczelismy splyw, który byl extra. Co pewien czas przewodnik kierowal ponton na olbrzymie kamienie. Przechyl byl tak duzy, ze wypadalismy z pontonu do wody. Rafting trwal ok 2 godzin i bardzo mi sie podobal, szczególne wrazenie zrobil na mnie ów skok do wody z kilkunastu metrów.

Wieczorem poszlismy z Monika (bez przewodnika ;)) do miejsca, z którego slyna Banos, czyli goracych zródel. Za wstep zaplacilismy 3 USD. Szybko ruszylem do basenu z goraca woda. Zanurzylem stope i odskoczylem jak oparzony. Woda w basenie jest podgrzewana przez wulkan i ma temperature ponad 50 stopni. Pierwsze wrazenie to ukrop. Przez 20 minut stopniowo przyzwyczajalem sie do temperatury. Najpierw stopy, pózniej lydki, uda ... az w koncu zanurzylem sie caly. Jednak w tak goracej wodzie nie dalo sie dlugo kapac. Po kilku minutach opuscilem goraca wode i zanurzylem sie w basenie z lodowata woda. Znów poczatek byl trudny, ale po niecalej minucie siedzialem w zimnej wodzie po szyje. W ten sposób spedzilismy w goracych zródlach 1.5 godziny. Wszylismy jak nowo narodzeni. Kapiele na przemian w zimnej i goracej wodzie bardzo poprawiaja samopoczucie.

Nastepnego dnia ruszylismy w góry. Niestety miala to byc tylko namiastka prawdziwej wspinaczki. Planowalem wejscie na Wulkan Cotopaxi. Wiecej szczególów dotyczacych niezrealizowanych marzen w czesci Pozyteczne Rady. Jedynie niewielka namiastka prawdziwego wyzwania byl wulkan Quilotoa. Wycieczke rozpoczelismy o 7 rano. Terenowym jeepem jechalismy ponad 3 godziny w jedna strone. Z okien samochodu roztaczal sie przepiekny widok na Andy. Droga byla bardzo kreta i wspinala sie na wysokosc ok 4000m, aby pózniej gwaltownie spasc o 500m w dól. Gdy dojechalismy na miejsce okazalo sie, ze parking jest tuz obok punktu widokowego na krater wypelniony woda. Do wyboru mielismy zejscie do laguny lub trekking wokól jeziora. Wybralismy 1 opcje. Schodzac stromo w dól podziwialismy otoczona górami lagune. Na dole spedzilismy ok. godziny i powrót do auta. Droga pod góre byla meczaca. W ciagu godziny pokonalismy róznice wysokosci 300-400 m. Quilotoa jest pieknym miejscem. Jednak 9 godzinna wycieczka, z czego ok 3 godzin na miejscu to przerost formy nad trescia. Calodzienna wycieczke zakonczylismy w goracych zródlach. Bylo przyjemnie i relaksujaco.

Otavalo

Ostatni dzien wakacji rozpoczelismy o 4.30. Z Banos pojechalismy autobusem do Quito i pózniej do Otavalo. Sobotni targ, który odbywa sie w tej miejscowosci jest slynny na caly kraj. Dla turysty targ jest okazja do zobaczenia Indian z wiosek oddalonych od popularnych szlaków turystycznych. Targ rozpoczyna sie o swicie, wiec dobrze przyjechac do Otavalo dzien wczesniej. Poza bazarem dla miejscowych, na sporym placu byly ustawione kramy z kapeluszami panama, tradycyjnymi indianskimi ubraniami, rekodzielem, obrazami i rzezbami miejscowych artystów. Wszystko bylo po przystepnych cenach.

Pozyteczne Rady









CommentsCancel Reply

Name
Comment